My memories

  • 04. Wyrzuty? 22 marca 2018, 17:40

    Komentuj (2)

    Wczoraj wpadł mi do głowy temat, który u mnie zdecydowanie nie jest jeszcze przepracowany - wyrzuty sumienia. Znacie ten stan, kiedy dzieje się coś, na co nie macie wpływu, albo staracie się jak możecie, ale nie da się nic zrobić, aby pomóc drugiej osobie bo ona zwyczajnie tej pomocy nie chce?
    Cóż, jest to normalne. Czasami dzieją się rzeczy, na które wpływu nie mamy. Wypadek, śmierć bliskiej nam osoby, choroba.
    W 2015 roku wyprowadziłam się z domu rodzinnego, zostawiając babcię jako jedyną kobietę w domu. Nie myślałam wtedy o tym, że wszystkie obowiązki spadną na jej głowę.
    9 miesięcy temu dowiedzieliśmy się o jej chorobie. Niecałe 4 miesiące temu zmarła.
    Rak jest istną plagą w dzisiejszych czasach, bezlitośnie zbiera swoje żniwa na całym świecie. Jasne, nie można powiedzieć, że nie ma winnych za aktualny stan, ale tak szczerze - czy ktokolwiek może czuć się winny za chorobę bliskiej osoby?
    Rozmawiałam z babcią codziennie, odwiedzałam kiedy mogłam, kiedy dowiedziałam się o jej chorobie rzuciłam wszystko na co pracowałam i wróciłam do domu, aby się nią zaopiekować. Miałam nadzieję, że uda się ją uratować, albo choć trochę polepszyć jej stan, odłożyć w czasie wyrok śmierci. Nie żałuję ani trochę, że to zrobiłam. Spędziłam z babcią ostatnie chwile jej życia, choć wcale nie były łatwe i przyjemne. Ludzie biorę mnie za bohatera, podziwiają podjętą przeze mnie decyzję. A mnie to bardzo irytuje, bo ja nie czuję się jak bohater. Czuję się winna jej śmierci. Jest to zupełnie irracjonalne, ja wiem, że w jej stanie nic nie można było zrobić, a jednak mogłam walczyć bardziej, mogłam wymyślić jakiś inny sposób, albo się nie wyprowadzać, wtedy być może wcześniej zauważyłaby objawy choroby.
    Na poziomie logicznym rozumiem, że przecież to nie jest moja wina. Jednak czuję inaczej.
    Skąd takie wyrzuty sumienia? Znajoma kiedyś podsumowała mnie, jednym zdaniem Jesteś chodzącym wyrzutem sumienia I miała rację.
    Cóż, myślę, że wzięło się to z dzieciństwa. Tata był alkoholikiem, nie krzywdził nikogo fizycznie, nie wyżywał się na rodzinie, a jednak wiadomo jak alkoholizm wpływa na życie rodzinne. Bardzo często czułam wstyd za Ojca. Tak jakby ode mnie zależało w jakim stanie on się znajduje. Nikt nie miał do mnie pretensji, nigdy, a mimo to, w mojej głowie zalęgła się myśl, że to moja wina.
    Często mama odgrażała się, że jak tylko dzieci dorosną, to w końcu się wyniesie, byle tylko skończyły szkołę. To wystarczało, abym poczuła się winna. Przeze mnie mama jest nieszczęśliwa. Takie myślenie głęboko zapada w podświadomości i choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo oszukiwali wszystkich, ze sobą włącznie, to ziarno - jeśli go zawczasu nie usuniemy - wykiełkuje. Stanie się chwastem naszego życia.
    Zdajesz sobie sprawę, dlaczego za niepowodzenia innych obwiniasz siebie?
    Wiesz, że Twoje sumienie może być czyste ?
    Dlaczego więc wciąż tkwisz w tym stanie ?
    Ja, nie chcę czuć się winna. Ja wybieram dziś wybaczenie sobie. Nie jest to egoistyczne, to po prostu działanie z miłością do samej siebie. Tą prawdziwą, wewnętrzną. Nie chcę czuć się więcej winna. Chcę dobrze wspominać ostatnie dni z Babcią, pamiętać ją taką jaką była, a nie przez pryzmat wyrzutów.

    Komentuj (2)

  • 3. Jakież to niesprawiedliwe! 18 marca 2018, 10:18

    Komentuj (0)

    Nieszczęścia chodzą parami ponoć. Ja zawsze żyłam w przekonaniu, że w moim przypadku – chodzą stadami. Kiedy tylko podejmowałam się jakiegoś działania, byłam już święcie przekonana, że całe przedsięwzięcie licho weźmie, bo przecież świat jest złośliwy i brutalny, a mnie w szczególności nie lubi.
    Byłam tak bardzo nieszczęśliwa. Gdy myślę o tym, co się wtedy działo, ciężko mi uwierzyć, że było to zaledwie kilka lat temu, a uczyniłam taki progres! I wiecie co mi w tym pomogło? Właśnie te znienawidzone przez wszystkich nieszczęścia.

    Życie jest tak skonstruowane, abyś się rozwijał. Wszystko się rozwija, zmienia, dostosowuje do nowych warunków, więc i człowiek nie może stać w miejscu. Jeśli tkwisz wciąż w tym samym miejscu, nawet jeśli jest ono najbardziej komfortowe, możesz być pewien, że wydarzy się coś, co zmusi Cię do pójścia do przodu.
    Zawsze gdy myślałam, że już jest dobrze i że osiągnęłam to co chciałam, że teraz już tak będzie, stawało się coś, co zupełnie rozwalało mój porządek, przewracało życie do góry nogami i musiałam budować od podstaw. Nie zawsze były to „złe” wydarzenia. Czasami było to poznanie nowych ludzi, odwiedzanie nowych miejsc, zaznajamianie się z innymi kulturami i światopoglądami. Jednak właśnie te najbardziej krytyczne wydarzenia pomogły mi ruszyć dalej.
    Często słyszę „jak to możliwe? Roux, masz nie po kolei w głowie, skoro cieszysz się z takich nieszczęść.” Jasne, rozumiem. Ja też po każdym nieszczęściu nie miałam siły, ani nawet ochoty aby się podnieść, wydawało mi się, że tak nie powinno być, że to niesprawiedliwe, że stałam się ofiarą jakiegoś chorego żartu. Jednak z perspektywy czasu wiem, że każde to wydarzenie sprawiło, że teraz jestem tutaj, co więcej – jestem za nie wdzięczna. Pewnie teraz 99% pomyśli, że w takim razie „g*wno widziałam i przeżyłam”.
    Wychowałam się w patologicznej rodzinie, usilnie i dość skutecznie dążyłam do autodestrukcji, cierpiałam na bulimię, wchodziłam w toksyczne i szkodliwe dla mnie związki, byłam tak nieszczęśliwa, że próbowałam się zabić, mało brakowało a zamknięto by mnie na oddziale psychiatrycznym, aż w końcu wydarzyło się coś, co zaczęło proces zmian. Zostałam napadnięta i pobita, przy skroni miałam przystawioną broń i naprawdę myślałam, że to ostatnia chwila mojego życia.
    Nie rozumiałam tego, bo przecież nic nikomu nie zrobiłam, za co wszechświat się tak na mnie zemścił? Było to takie niesprawiedliwe. Bałam się wychodzić z domu, bałam się ludzi, miałam ataki paniki, śniły mi się takie koszmary, że bałam się sama zasypiać w swoim własnym pokoju.
    Nie była to żadna zemsta wszechświata. Była to dla mnie szansa. Nie szanowałam życia, mimo wcześniejszych wydarzeń, które były swego rodzaju ostrzeżeniami, ja wciąż usilnie dążyłam do zniszczenia siebie. Rozumiecie?
    Na mojej drodze pojawiały się przeszkody, bo poniekąd sama je do siebie przyciągałam. Było mi źle, chciałam coś zmienić, więc świat rzucał mi kłody pod nogi, nie po to by mnie przewrócić, ale bym mogła z nich zrobić drabinę. Byłam tak bardzo skupiona na tej ścianie przede mną, szarpałam się i rzucałam na nią, nie miałam już siły żeby pomyśleć jak można z tej dziury wyjść, aż w końcu dostałam jedną kłodą w łeb. To sprawiło, że odpoczęłam. Przestałam się rzucać i skupiłam na możliwości wyjścia.
    Życie nie jest usłane różami, ale jest to tylko dla naszego dobra. Pewnie gdyby nie tamta sytuacja, już dawno byłabym warzywem, albo jeszcze gorzej. Nieszczęście sprawiło, że ruszyłam ze swoim życiem do przodu.
    Nie istnieją ludzie, którzy są szczęśliwi ponieważ w ich życiu nigdy nic złego się nie przydarzyło. Każdy ma jakąś historię, jakąś przeszłość, jakieś wydarzenie, które było dla niego traumatyczne. Wszystko jednak zależy od podejścia – możesz się załamać i dalej tkwić utaplany w bagnie po pachy, a możesz zacząć się zastanawiać dlaczego świat potraktował Cię tak brutalnie i ruszyć dalej. Zmienić to, co Ci szkodziło, nawet jeśli wydaje Ci się, że to było dobre – wszechświata nie oszukasz. Bo przecież alkoholikowi wydaje się, że alkohol jest dla niego dobry, anorektyczce, że niejedzenie jest w porządku. Mówi się, że trzeba naprawdę upaść na dno aby móc się od niego odbić. I to prawda, jednak dno wcale nie jest takie złe jak się wydaje. Dno, jest tak naprawdę możliwością. Wszechświat daje nam to, co jest dla nas dobre. Od nas jednak zależy czy ugrzęźniemy, czy odbijemy się do góry.

    Komentuj (0)